Pierwszy przypadek nowego koronawirusa w Polsce?! Czy groźny wirus SARS-Cov-2 dotarł do Polski?! Może tak, może nie. Nie wiemy. Zależy nam tylko na tym, by było wystarczająco kliknięć w link do artykułu. Za uwagę dziękujemy. 

Ale o co chodzi? 

Słynne Prawo nagłówków Betteridge’a mówi, że na każde zadane w nagłówku artykułu lub wiadomości pytanie odpowiedzieć można „nie”. Czy znaleźliśmy lek na raka? Nie. Czy ten wynalazek zmieni świat? Nie. Czy w Polsce potwierdzono przypadek COVID-19? Nie. Czy Magnifier to popularny i szanowany serwis? Eee… nieważne. Taki kończący się znakiem zapytania nagłówek oznacza zazwyczaj, że zawarta w nim historia jest tendencyjna, wyolbrzymiona, zbudowana na niepewnych lub wręcz nieprawdziwych informacjach. Dziennikarze próbują w ten sposób zwyczajne i szablonowe zdarzenia podnieść do rangi narodowej sensacji lub wręcz paniki. Pozwala to zyskać duże ilości wejść, dużo wejść to dużo wyświetleń reklam, zaś dużo wyświetleń reklam to dużo pieniędzy.

Dziś takie działania nazywamy clickbaitem.

Nagłówek niniejszego artykułu jest typowym zastosowaniem Prawa nagłówków Betteridge’a. Jeśli tu jesteś, to szokująca wiadomość spełniła swoją rolę. W treści artykułu nie znajdziesz natomiast na pewno odpowiedzi na pytanie, ta bowiem na tę chwilę nie istnieje.

Epidemia dezinformacji 

Z pewnym szokiem i niedowierzaniem obserwuję to, co dzieje się w ostatnim czasie w polskim, a także międzynarodowym internecie wokół słynnego koronawirusa SARS-Cov-2 wywołującego chorobę COVID-19.

Oprócz epidemii wirusa mamy epidemię dezinformacji, ta zaś okazać się może jeszcze groźniejsza. Redaktorzy serwisów prześcigają się w tworzeniu wypaczonych treści. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę coraz bardziej pełnych informacji niesprawdzonych, a niekiedy nawet nieprawdziwych. Oczywiście bez źródeł i potwierdzenia – a komu to potrzebne? Koronawirus się klika, o koronawirusie trzeba pisać, więcej, więcej!

Media są dosłownie zalane falą fake newsów stwarzanych przez szukających sensacji redaktorów. Takie fake newsy przypominają nieco wirusa – raz opublikowana treść jest następnie powielana w kolejnych i kolejnych serwisach tworząc bańkę informacyjną, utrudniając osobom szukającym informacji prawdziwych i sprawdzonych znalezienie czegokolwiek takiego w morzu bezwartościowych wypocin.

Przykładów szukać długo nie trzeba. Serwis Technocracy News opublikował łamiącą wiadomość, w której czytelnik mógł dowiedzieć się, że koronawirus jest bronią biologiczną wyhodowaną w laboratoriach USA lub Chin. Takiej teorii nie można oczywiście wykluczyć, ale redakcja tegoż serwisu niedługo później zmienił zdanie i odtąd winnymi epidemii były szczepionki i 5G.

Coś z krajowego podwórka? Krajowy internet jest dosłownie zalany newsami z pytaniem Pierwszy przypadek koronawirusa w Polsce?. Wpisanie tej frazy w Google powoduje wyświetlenie ponad 52 milionów wyników. Nasilenie takich wiadomości zwiększa się z momentem szczytowym w czwartek, gdy dziesiątki serwisów podawały wciąż niepotwierdzoną informację o przypadku osoby zakażenia SARS-Cov-2 w Łodzi.

Są kliknięcia? Reklamy się wyświetlają? No i świetnie.

Komu wierzyć? 

Znalezienie jakichkolwiek wartościowych informacji o koronawirusie jest dziś szalenie trudne. Kto szuka, a przede wszystkim szukać umie, ten informacje znajdzie. Ale czy tak zwany typowy użytkownik będzie weryfikował tezy z artykułów? Będzie sprawdzał, czy treść kolejnego newsa jest prawdziwa? Nie będzie. Uwierzy w to, co przeczyta.

Osiągająca gargantuiczne rozmiary koronawirusowa dezinformacja może okazać się groźniejsza od samego wirusa powodując narodową i ogólnoświatową panikę. Ta zaś może być tragiczna w skutkach. Ale czemu się dziwić, skoro koronawirus jest dziś słowem odmienianym przez wszystkie przypadki, a choroba jest przez media przedstawiana prawie jak Wirus T z gier i filmów serii Resident Evil?

Uspokójmy się. Sprawdzajmy informacje. Wierzmy pewnym źródłom, a takimi wydają się być WHO i resort zdrowia. Koronawirus na obecnym etapie nie może zniszczyć świata. Panika i dezinformacja już tak.