Od stagnacji do błyskawicznego rozwoju. Od niszczenia konkurencji do współpracy z nią. Od nierozumienia trendów do ich wyznaczania. Niezwykła przemiana, która dokonała się w Microsofcie na przestrzeni ostatniej dekady, z pewnością zasługuje na omówienie. 

Embrace, extend and extinguish 

Bill Gates, współzałożyciel Microsoftu, nigdy nie był wynalazcą, ani też wizjonerem. Był za to niezmiernie skutecznym biznesmenem, głodnym sukcesu i agresywnym. Jego strategia, którą na podstawie wewnętrznych firmowych notatek można określić trzema słowami embrace, extend and extinguish, świetnie opisywała Microsoft za czasów Gatesa. Droga do sukcesu firmy była prosta – skopiować, zbudować produkt w oparciu o skopiowany pomysł i ostatecznie zniszczyć konkurenta. Microsoft nie tworzył rewolucji, nie wywoływał pożądania. Szedł po trupach do celu.

Microsoft nowe narodziny - Bill Gates

Firma Gatesa odniosła niebywały rynkowy sukces, on sam zaś w chwili odejścia ze stanowiska prezesa był już najbogatszym człowiekiem na planecie. Kolejne dwadzieścia lat życia postanowił poświęcić dobroczynności realizowanej wraz z żoną w ramach fundacji Billa i Melindy Gatesów – tak, jakby poprzez działalność filantropijną próbował odkupić swoje winy. Stał się przy tym źródłem wielu teorii spiskowych ze względu na swoje zainteresowanie szczepionkami.

Odchodząc, przekazał władzę komuś innemu. Komuś, kogo wizja była w znacznej mierze inna od wizji byłego już prezesa.

Niedoceniony sprzedawca 

W 1980 roku jako student Stanford Graduate School of Business, Steve Ballmer dostał od Billa Gatesa propozycję pracy w młodziutkim wtedy jeszcze Microsofcie. Miał tam zostać jedynie na wakacje, po czym wrócić na studia. Stało się jednak inaczej, a sam Ballmer – po namowach – związał się z Microsoftem na ponad trzy dekady. Zbudował strukturę finansową szybko rosnącego przedsiębiorstwa, następnie pracował w dziale sprzedaży oraz dziale systemów operacyjnych, najważniejszym wówczas dziale w całej firmie.

Zostając mianowanym nowym dyrektorem generalnym, Ballmer wierzył, że to właśnie menedżerowie i sprzedawcy odpowiadają za sukces Microsoftu – nawet jeśli sam Bill Gates był przecież programistą. Jak sam mówił, chciał przełamać rządy ludzi technologicznych, którzy w jego mniemaniu marnowali ogromne sumy pieniędzy na rozwój niepewnych projektów, bez zastanowienia i analizy, czy te aby na pewno przyniosą zysk Microsoftowi i utwierdzą jego dominację w świecie systemów operacyjnych dla komputerów osobistych. Skoro Windows się sprawdził, to jego należy promować i rozwijać. Proste i logiczne, prawda?

Kolejnym wielkim krokiem dla zarządzanej przez Ballmera firmy miała być ekspansja na telefony i urządzenia mające okazać się protoplastami dzisiejszych tabletów, realizowana poprzez system Windows Mobile oraz specjalne wydania desktopowego Windowsa dostosowane do obsługi rysikiem. Prowadzono agresywną ekspansję, chociaż już bez prób niszczenia konkurencji w stylu Billa Gatesa. Microsoft był wymęczony sprawami sądowymi, a sam Ballmer pałał do swojej firmy autentyczną miłością.

Jabłka i kwadraty 

Microsoft pojawił się jednak na rynku mobilnym zdecydowanie zbyt późno. Dzięki kolejnym wcieleniom Windowsa Mobile oraz oferowanym przez ów system możliwościom biznesowym udało się wprawdzie zdobyć silną pozycję, nigdzie jej było jednak do tej znanej z rynku komputerów PC. Wtedy jednak miało nadejść decydujące uderzenie, które miało ostatecznie pogrzebać marzenia Ballmera o podboju rynku mobilnego: iPhone.

Produkt Apple zupełnie odmienił rynek smartfonów, był rewolucją, która na zawsze zmieniła świat. I nie mówię tu tylko o świecie technologii. Ówczesny prezes Microsoftu nie rozumiał jednak jeszcze wówczas, jak wielkiego wydarzenia był świadkiem, nie rozumiał, że wojna o rynek mobilny została właśnie przegrana. Wyśmiewał iPhone przytaczanymi często słowami:

500 DOLARÓW W ABONAMENCIE?! RZEKŁBYM, ŻE TO NAJDROŻSZY TELEFON NA ŚWIECIE, KTÓRY NIE JEST SKIEROWANY DO KLIENTÓW BIZNESOWYCH, PONIEWAŻ NIE MA KLAWIATURY, CO SPRAWIA, ŻE NIE JEST DOBRYM URZĄDZENIEM DO E-MAILI […] W TYM MOMENCIE SPRZEDAJEMY MILIONY, MILIONY I MILIONY TELEFONÓW ROCZNIE. APPLE SPRZEDAJE ZERO TELEFONÓW ROCZNIE. ZA PÓŁ ROKU BĘDĄ MIELI NAJDROŻSZY TELEFON JAKI KIEDYKOLWIEK POWSTAŁ I ZOBACZYMY… ZOBACZYMY, JAK SIĘ POTOCZY NASZA RYWALIZACJA.

W samym Microsofcie szybko ruszyły jednak prace nad nowym systemem na nowe czasy. Dostosowanego do wymagań przeciętnego konsumenta, nowoczesnego i prostego w obsłudze, mającego stanowić odpowiedź już nie tylko na iPhone, ale także kolejne potężne uderzenie Apple – iPada. Jednak rewolucja, którą zwiastować miał kompletnie nieudany projekt odtwarzacza Zune, a następnie Windows Phone oraz Windows 8 wraz z ich dziwnymi, kafelkowymi interfejsami, okazała się całkowitą porażką. Grube miliony wydane na rozwój oraz promocję nowych systemów w żaden sposób nie zachęcały konsumentów do wybierania rozwiązań Microsoftu. Rynek był już podzielony, a obok gigantów Apple i Google nie było już miejsca dla dinozaurów.

Microsoft nie jest cool 

Kluczowe jest zrozumienie, że w powszechnym mniemaniu Microsoft zwyczajnie nie jest cool. Nie przykryją tego miliony wydane na reklamy, spod fikuśnych kafelkowych interfejsów wciąż będzie straszyć stary Microsoft przywodząc na myśl multum żartów odnoszących się do jakości oprogramowania firmy. Gdy myślisz „Microsoft”, widzisz pracę realizowaną przy pomocy skomplikowanego i brzydkiego software’u działającego na jeszcze brzydszym pudełku pod biurem lub na grubym, ciężkim laptopie. Zachowując work-life balance, chcesz wyrwać się z objęć życia zawodowego, trafiając przy tym wprost w ramiona nadgryzionego jabłka lub zielonego robocika z nazwami wersji pochodzącymi od słodyczy, oni bowiem oferują produkty, których używasz bo chcesz, nie bo musisz.

Microsoft cool nigdy nie był, konsumenci nie dali się nabrać. I nawet, jeśli to właśnie Ballmer, który pożegnał się z firmą w 2014 roku, położył podwaliny pod dzisiejszy Microsoft, na zawsze zostanie tym dziwnym, spoconym gościem krzyczącym słynne Developers! Tym, który odpowiada za porażkę kafelkowej rewolucji. 

Czytaj więcej:  Mobilny Windows. Historia wielkiej porażki. 

Prezes znikąd 

Spodziewano się, że Microsoft zatrudni na najwyższe firmowe stanowisko kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto postawi firmę na nogi, tchnie nowy wiatr w żagle. Publika zareagowała ogromnym zdziwieniem na wybór Satyi Nadelli, menedżera odpowiedzialnego dotychczas za dział przedsiębiorstw wewnątrz Microsoftu, a ze względu na obce imię i nazwisko, w pierwszych komunikatach medialnych pojawiały się nawet niejasności odnośnie… płci nowego prezesa.

Dziś jednak Nadellę zna każdy, kto interesuje się choćby trochę branżą IT, a sceptycy zdążyli dawno zamilknąć. Oto bowiem przyszedł człowiek, który spełnił wszelkie pokładane w nim nadzieje z ogromną nawiązką. Nowy Microsoft stał się firmą przyjazną i otwartą. Przestano silić się o względy konsumentów stawiając na sektor B2B – ten, w którym Microsoft zawsze świetnie sobie radził. Chmura Azure oraz Office 365, rozwijane jeszcze za czasów Ballmera, stały się motorem napędowym Nowego Microsoftu.

Linux i wolne oprogramowanie przestały być rakiem, którego trzeba tępić, ale społecznością, z którą należy współpracować. Na potwierdzenie tych słów, Microsoft stał się jednym z największych współtwórców Linuksa, zaczął wydawać otwarte oprogramowanie, a nawet zakupił szalenie popularnego GitHuba, co i po dziś dzień może szokować tych, którzy pamiętają dawne nastawienie i jawną wrogość.

W odstawkę poszła dominująca pozycja Windowsa. System operacyjny, który uczynił Microsoft potęgą, dziś jest jedynie jednym z projektów i to raczej z kategorii tych mniej ważnych. Przepowiednią tej zmiany był fakt, że podczas swojego pierwszego przemówienia jako prezes, Satya Nadella ani razu nie wypowiedział nazwy niegdyś najważniejszego produktu firmy. Nie chcesz Windowsa? Nie musisz. Możesz korzystać z naszych usług ze swojego iPhone, Androida, Linuksa, przez przeglądarkę, czy w jakikolwiek inny sposób – Nowy Microsoft nie próbuje już zamykać konsumenta w klatce.

Na nowej drodze 

Gdy Satya Nadella obejmował stanowisko prezesa, Microsoft był firmą generującą ogromny dochód, ale jednocześnie firmą kojarzącą się z bezdusznym, zacofanym molochem nieumiejącym reagować na rynkowe trendy, z którego produktów korzysta się pod przymusem wobec braku realnej alternatywy. Nadella nie uczynił Microsoftu znacznie bogatszym. Uczynił go jednak, poprzez całkowitą przemianę wizerunkową, znacznie lepszym, zupełnie innym od tego z czasów niszczycielskiej taktyki Gatesa lub stagnacji Ballmera.

Nastał czas, gdy klienci nie korzystają z produktów Microsoftu dlatego, że muszą. Korzystają z nich dlatego, że chcą. I to jest prawdziwy sukces Satyi Nadelli.