Czterdziestu trzech rannych, trzydziestu dwóch zabitych. Taki był tragiczny bilans wypadku przepełnionego autobusu w Gdańsku Kokoszkach, który zjechał na pobocze i został rozerwany na pół przez przydrożne drzewo. Jak doszło do najtragiczniejszego wypadku drogowego w historii Polski? Wypadek autobusu w Gdańsku.

Błagali, by ich zabrać. 

Był poniedziałek, 2 maja 1994 roku. Choć wypadał między świętami majowymi, był to zwyczajny dzień pracy. Niedługo przed godziną osiemnastą autobus Autosan H9-21 wyrusza w drogę powrotną ze wsi Zawory nad chętnie odwiedzanym Jeziorem Kłodno do gdańskich Kokoszek. Za jego kierownicą siedzi Jerzy Marczyński – doświadczony, 39-letni kierowca PKS z osiemnastoletnim stażem. Być może myśli o zbliżającym się ślubie ze swoją wybranką serca.

Tą trasą zawsze podróżowało wielu pasażerów, sytuacja jednak dodatkowo pogorszyła się odkąd wcześniejszy kurs wycofano z rozkładu jazdy. Jakby tego było mało, kończył się właśnie długi weekend, mieszkańcy Gdańska i okolic wracali do domu.

Trasa feralnego autobusu. Źródło: Discovery Channel.

Tłoczno zaczęło robić się już od miejscowości Chmielno, ale największy tłum pasażerów wsiadł w Kartuzach, wciskając się na siłę do i tak już przepełnionego autobusu. Teoretycznie Autosan H9-21 mógł przyjąć 51 osób, w tym 39 na miejscach siedzących, a 12 – stojących. Nikt jednak wówczas nie przejmował się limitami, zdarzało się nawet, że kierowcy odmawiający wejścia nadmiarowym pasażerom spotykali się z naganą od przełożonych.

Po wyjeździe z Kartuz kierowca nie planował już wpuszczać kolejnych osób, uległ jednak presji i błaganiom zabierając dwie osoby w Żukowie i kolejne osiem na przedostatnim przystanku tuż przed wjazdem do Gdańska.

Bądź pan człowiekiem, zabierz nas.

– mówili.

Łącznie w autobusie znalazło się 75 osób, o 24 więcej niż powinno.

Metalowe pudło. Autosan H9-21.

Prowadzony przez Marczyńskiego Autosan H9-21 miał w chwili wypadku 11 lat, a pół roku wcześniej przeszedł generalny remont. To stara, PRL-owska konstrukcja pamiętająca jeszcze lata siedemdziesiąte. Głośna, awaryjna, pozbawiona jakichkolwiek systemów bezpieczeństwa. Po prostu metalowe pudło z silnikiem i na kołach. Najważniejsze jednak, że chociaż był, bo o prywatnym samochodzie wielu mogło jedynie pomarzyć. Dobrze znosił także fatalny stan polskich dróg.

Zaniedbania serwisowe widać wszędzie, i tak już awaryjne autobusy naprawiano po jak najniższych kosztach. Nie zwracano także jakiejkolwiek uwagi na odpowiedni stan ogumienia, a wręcz zalecano kierowcom, by tych samych zestawów opon używać możliwie najdłużej. O nowe było bardzo trudno.

Tragedia. Wypadek autobusu w Gdańsku. 

Zbliża się godzina 19, a przepełniony autobus jest opóźniony. Do ostatniego przystanku w Kokoszkach pozostało jedynie 500 metrów. Na prostym odcinku malowniczej i otoczonej drzewami drogi nr 219 (obecnie droga krajowa nr 7) kierowca postanawia nadrobić trochę czasu wyprzedzając wlokącą się ciężarówkę Jelcz. Zdaniem prokuratury autobus Marczyńskiego poruszał się wówczas z prędkością około 60 km/h, wobec ograniczenia do 50 km/h, kierowca stwierdzi natomiast podczas późniejszego składania zeznań, że prędkościomierz wskazywał 40, może 45 km/h.

Gdy autobus wraca na prawy pas dochodzi do pęknięcia przedniej prawej opony. Pojazd znosi w prawo, poza jezdnię, wprost na przydrożne drzewo.

Pamiętam potężny huk. Widziałam jeszcze, jak kierowca szarpie się z kierownicą, ta jednak wyrywa mu się z rąk. Wtedy zapadłam w ciemność.

– wspomina jedna z pasażerek.

Akcja ratunkowa

Cienka karoseria autobusu zostaje rozerwana, drzewo wbija 4 metry do środka. Stojący w przejściu między siedzeniami na czele autobusu pasażerowie nie mają najmniejszych szans. W wyniku siły uderzenia lecą prosto na drzewo.

Jako pierwsi na pomoc rzucili się przejeżdżający kierowcy oraz pasażerowie, którym szczęśliwie udało się nie odnieść większych obrażeń. Próbują dostać się do poszkodowanych rozrywając lub rozcinając zdewastowany wrak.

Jeden ze świadków wspomina:

Pamiętam to jak dziś. Byłem na miejscu tego wypadku. Jako młody chłopak poszedłem zobaczyć, co się stało. Miejsce wypadku nie było zabezpieczone, więc mogłem podejść pod sam autobus. Widziałem mnóstwo leżących koło siebie ciał. Żadne nie było przykryte. Widok środka pojazdu jeszcze gorszy. Ludzie powkręcani między siedzenia i wystające pręty z ciał.

Jako pierwsza, po blisko dwudziestu minutach, na miejsce przyjechała straż pożarna z nieodległego Żukowa. Niedługo później dołącza do nich 26 karetek pogotowia z Trójmiasta, Kartuz i Kościerzyny. Policja obstawia teren wypadku i blokuje drogę.

 Jak to zobaczyłem, te ciała na skarpie, nie nadawałem się już do niczego

– mówił później jeden ze strażaków opisując wypadek autobusu w Gdańsku.

Na miejscu stwierdzono 25 zgonów. Podczas transportu do szpitali umierają dwie kolejne osoby, a trzy podczas nadchodzącej nocy. Rannych jest 43, wielu z nich – ciężko.

Ostateczny bilans tragedii wyniósł 32 zabitych i 43 rannych.

Kierowca – 33. ofiara 

Kierowca, Jerzy Marczyński, przeżył zderzenie i był pierwszą osobą, która trafiła do szpitala. Przewiózł go jeden z kierowców osobówek. Półprzytomny, nie zdaje sobie sprawy ze skali tragedii.

Do szpitali trafiają kolejne osoby, wielu z nich potrzebuje natychmiastowej pomocy, która jest udzielana nawet na korytarzach. Operacje trwają całą noc. Rodziny szukają swoich bliskich, niektórzy w szpitalach, inni – w kostnicach.

Tymczasem dwóch reporterów poszukuje domniemanego sprawcy wypadku, kierowcy. Po znalezieniu go w szpitalu, jeden z nich, pracownik lokalnej rozgłośni radiowej, zadaje mrożące krew w żyłach pytanie:

Zabił pan trzydzieści dwie osoby. Jak pan się z tym czuje?

Czy Jerzy Marczyński rzeczywiście zabił trzydzieści dwie osoby? W 1999 roku usłyszał wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery za za umyślne sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy i nieumyślne jej spowodowanie. Głównymi zarzutami są zbyt szybka jazda oraz nadmierna liczba pasażerów na pokładzie autobusu. Śledczy nie mają wątpliwości, że bezpośrednią przyczyną wypadku było pęknięcie opony. Marczyński nie miał jednak praktycznie żadnego czasu na reakcję, stan ogumienia był fatalny w wyniku ciągłych braków, hamulce uznano za niesprawne, a wpuszczanie kolejnych pasażerów było wręcz wymuszane przez przełożonych. Można więc podejrzewać, że stał się on kozłem ofiarnym, na którego zrzucona została odpowiedzialność za zaniedbania przewoźnika. Tak było najłatwiej. Oprócz kierowcy skazani zostali także mistrz stacji na rok więzienia oraz zastępca dyrektora ds. technicznych – na 10 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata.

Czytaj więcej: Poszukujących pomocy ludzi zamieniono w króliki doświadczalne. Eksperyment z Tuskegee.

Sam Marczyński nigdy już nie podniósł się po tragedii. Stał się wrakiem człowieka. Porzucony przez ukochaną, ukrywający się przed linczem i nazywany mordercą, aż do swojej śmierci w 2014 roku mieszkał z matką. Ryszarda Wojciechowska, reportażystka „Dziennika Bałtyckiego”, nazywała go 33. ofiarą, którą zabrał ze sobą wypadek autobusu w Gdańsku.

Feralne drzewo wycięto w 2008 roku.

Poprzedni artykułJak wybrać obiektyw do aparatu? Megaporadnik dla początkujących
Następny artykułSamochód w czasach zarazy? Kupujemy pierwsze auto