Był styczeń 1959 roku, gdy grupa studentów pod przewodnictwem 23-letniego Igora Diatłowa wyruszyła na narciarską wyprawę w towarzystwie przewodnika Siemiona Złotariowa. Celem był szczyt Otorten w górach Uralu, do którego prowadziła szczególnie trudna w okresie zimowym trasa trzeciej kategorii. Uczestnicy wyprawy byli jednak przygotowani na panujące tam warunki, każdy z nich pochwalić się mógł niemałym doświadczeniem zdobytym podczas podobnych wypadów. Wyczekiwany przez ich znajomych telegram o zdobyciu szczytu miał jednak nigdy nie nadejść, a cała dziewiątka studentów ponieść śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach na przełęczy znanej odtąd jako Przełęcz Diatłowa. 

W drogę

Po wydaniu zgody przez Komisję Tras Turystycznych, 23 stycznia 1959 roku uczestnicy wyprawy wsiedli do pociągu w Swierdłowsku, mieście znanym dziś jako Jekaterynburg. Wszyscy byli studentami ostatnich lat lub absolwentami miejscowego Instytutu Politechnicznego. Poza liderem grupy, 23-letnim Igorem Diatłowem, w ekspedycji brali udział: 22-letnia Zinaida Kołmogorowa, 21-letni Ludmiła Dubinina, Jurij Doroszenko, Siemion Zołotariow i Nikołaj Thibeaux-Brignolle, 25-letni Aleksandr Kolewatow, 23-letni Rustem Słobodin, 24-letni Gieorgij Jurij Kriwoniszczenko oraz przewodnik – 37-letni Siemion Zołotariow. Ten ostatni był nie tylko najstarszy, ale posiadał także jakże cenne doświadczenie jako profesjonalny instruktor sportowy pracujący w bazie turystycznej.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa - uczestnicy wyprawy

Dotarli pociągiem do Sierowa, następnie Iwdelu u wschodnich podnóży gór Ural. Następnego dnia ciężarówka podwiozła studentów do miejscowości Wiżaj, ostatniej stałej osady w regionie. Przed nimi była już jedynie tzw. Osada nr. 41 zamieszkała jedynie okresowo przez drwali i geologów. To właśnie tam, jak się później okazało, ostatni raz byli widziani przez innych ludzi. Jedynym wyjątkiem był Jurij Judin – z powodu rozwijającej się choroby musiał on ze smutkiem rozstać się z przyjaciółmi i powrócić do Wiżaju, co też pozwoliło mu jako jedynemu pozostać przy życiu.

Poszukiwania

Wedle ustalonych wcześniej planów, cała ekspedycja miała wrócić do Wiżaju najpóźniej 12 lutego, a będąc już na miejscu wysłać telegram znajomym. Mijały jednak dni, a wyczekiwana wiadomość nie nadchodziła, na miejscu nie pojawił się także ani Diatłow, ani jakikolwiek inny członek grupy. Spowodowało to zaniepokojenie członków rodzin uczestników wyprawy, a jako pierwszy informacje ze sportowego klubu Uralskiego Instytutu Politechnicznego próbował wyciągnąć ojciec Rustema Słobodina.

Gromadzenie ochotników do wyprawy ratunkowej rozpoczęło się jednak dopiero 21 lutego ze względu na opieszałość i lekkomyślność władz, słabą organizację, złą współpracę z uczelnią, brak jakiejkolwiek mapy z naniesionym planem ekspedycji, a także zakaz lotów nad strefą wojskową Północnego Uralu. Dwa dni później członkowie ekipy poszukiwawczej zostali przewiezieni do miasta Iwdel, skąd trafili do różnych miejsc tajgi uralskiej, gdzie spodziewano się odnaleźć grupę Diatłowa.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa - namiot

26 lutego na wschodnim stoku góry Czołatczachl udało się znaleźć namiot z rozciętą od środka jedną ze ścian. Następnego dnia ratownicy dotarli do ściany lasu, gdzie natrafiono na ślady małego ogniska i zamarznięte szczątki dwóch uczestników wyprawy – Kriwoniszczenki oraz Doroszenki. Ciała były bose, ubrane jedynie w bieliznę. Na drodze powrotnej znaleziono kolejno ciała Diatłowa, Słobodina i Kołmogorowej, którzy prawdopodobnie usiłowali powrócić do porzuconego namiotu. Jak później ustalono, cała piątka zmarła z powodu hipotermii zamarzając na śmierć. Poszukiwania pozostałych czterech członków eskapady trwały aż do 4 maja, gdy znaleziono ich ciała w położonym nieopodal jarze pod warstwą śniegu. Thibeaux-Brignolle miał roztrzaskaną czaszkę, Zołotariow i Dubinina zmiażdżone klatki piersiowe.

Przyjaciele, rodzina, śledczy, a w końcu wiele innych osób zaczęło się wówczas zastanawiać – co stało za śmiercią wszystkich uczestników wyprawy, doświadczonych w trudach zimowych ekspedycji na Uralu? Jak przebiegały wydarzenia znane jako „Tragedia na Przełęczy Diatłowa”?

Tragedia na Przełęczy Diatłowa – możliwy przebieg zdarzeń 

Przebieg wydarzeń po opuszczeniu 27 stycznia Osady nr. 41 zrekonstruowano wyłącznie na podstawie dziennika prowadzonego przez studentów, a także dedukcji oraz oglądu miejsca zdarzenia i zwłok dokonanego przez śledczych.

Tragedia na przełęczy Diatłowa

Wiemy stąd, że grupa początkowo poruszali się wzdłuż rzeki Łozwy, a następnie Auspii. Znaleźli się wówczas na ziemiach należących do półdzikiego ludu Mansów oraz terenach należących do Iwdelłagu, sieci łagrów podlegających pod miasto Iwdel. 31 stycznia ekspedycja dotarła do granicy lasu, gdzie w zbudowanym małym schronie pozostawiono zapasy żywności na drogę powrotną. Następnego dnia uczestnikom wyprawy udało się dotrzeć na zbocze góry Czołatczachl, której nazwa w języku Mansów oznacza „Martwa Góra” – na nieporośniętej lasem wzniesieniu nie żyją bowiem żadne zwierzęta. Pierwotnie góra miała zostać ominięta, ale do zmiana założeń została spowodowana przez pogarszającą się pogodę. Na przełęczy nazywanej później „Przełęczą Diatłowa” rozbito w płytkim dole obóz i postanowiono przeczekać tam noc oraz złe warunki atmosferyczne. Odsłonięte miejsce było dość dziwnym wyborem jak na grupę doświadczonych w górskich wyprawach wspinaczy – możliwe jednak, że w wyniku zmęczenia nie chcieli oni tracić czasu i nadkładać kilometrów schodząc na nieco niższy poziom.

O nieustalonej dacie i godzinie członkowie ekspedycji pospiesznie opuścili namiot rozcinając go od środka. Nie zdążyli nawet ubrać się odpowiednio do panującego na zewnątrz kilkunastostopniowego mrozu – niektórzy byli częściowo rozebrani, byli boso lub mieli założony tylko jeden but. Pobiegli do odległego o mniej więcej półtora kilometra cedru na krawędzi lasu po drugiej stronie przełęczy, czego dowodzą odnalezione na śniegu ślady stóp ośmiu lub dziewięciu osób. Pod cedrem znaleziono ślady ogniska, a samo drzewo miało obłamane gałęzie do wysokości czterech metrów oraz ślady krwi i wyszarpanych tkanek. W położonym w głębi lasu jarze odkryto ułożone w kształt prostokąta choinki, które uprzednio ścięto pospiesznie nożem.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa

Kompletnie ubrani członkowie wyprawy pożyczali niektóre elementy garderoby tym, którzy nie zdążyli założyć na siebie części ubrań. Próbowano wspiąć się na drzewo, najprawdopodobniej po to by zobaczyć co dzieje się z pozostawionym namiotem. Po około dwóch godzinach i śmierci rozebranych do samej bielizny (prawdopodobnie zrobili to sami w wyniku szoku termicznego, gdy wydawało im się, że jest gorąco) Kriwoniszczenki oraz Doroszenki z wyziębienia, Diatłow, Kołmogorowa i Słobodin spróbowali powrócić do namiotu, ale nie dotarli do niego zamarzając po drodze. Zegarek na nadgarstku Słobodina zatrzymał się na godzinie 08:45, a na jego ciele znaleziono kilka par skarpet i dwie pary spodni. Pozostała czwórka postanowiła nie iść w ich ślady, ale skryć się głębiej w lesie zabierając przed tym zmarłym część odzieży. Błądząc w ciemności wpadli do jaru, gdzie Thibeaux-Brignolle zginął od razu, a Dubinina, Zołotariow i Kolewatow niedługo później w skutek odniesionych obrażeń oraz wyziębienia. Pierwszy miał uszkodzoną czaszkę, Kolewatow ranę w uchu i nienaturalnie wykręconą szyję, Zołotariow i Dubinina połamane kilka żeber oraz puste oczodoły, Ludmile brakowało jeszcze języka. Szokujące obrażenia ciał opisywano jako spowodowane ni to przez człowieka, ni to przez zwierzę.

Tak przynajmniej brzmi ustalona wersja oficjalna.

Zamknięte śledztwo 

Prowadzone śledztwo o charakterze kryminalnym zamknięto 28 maja 1959 roku, wskazując „działanie nieznanej siły” jako przyczynę śmierci członków wyprawy. Działania prokuratury padły obiektem krytyki wielu badaczy tragedii ze względu na brak specjalistycznych analiz oraz pobieżne potraktowanie sprawy. W 1990 roku sam prokurator prowadzący śledztwo Lew Iwanow opublikował artykuł prasowy, w którym przepraszał za wprowadzenie ofiar w błąd oraz stwierdzał, że przekazane krewnym informacje nie są do końca zgodne z prawdą.

Po przeprowadzonej w 2018 roku ekshumacji szczątków Siemiona Zołotariowa okazało się, że w grobie pochowany został nieznany mężczyzna. Podnoszono również kwestię niezgodności pomiędzy rozmieszczeniem plam opadowych na ciałach ofiar, a pozycją znalezienia zwłok, błędnie podane daty znalezienia ciał i rozpoczęcia śledztwa, które przypadało o 3 tygodnie wcześniej niż faktycznie powinno się rozpocząć.

1 lutego 2019 roku śledztwo zostało ponownie wznowione, 60 lat po wydarzeniach, które przeszły do historii jako Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Jest ono prowadzone przez Prokuraturę Obwodu Swierdłowskiego w porozumieniu z Prokuratorem Generalnym Federacji Rosyjskiej. Celem ma być pozostawienie tylko jednej z 75 istniejących wersji wydarzeń.

Tragedia na Przełęczy Diatłowa jako źródło mniej lub bardziej spiskowych teorii

Brak jednoznacznej odpowiedzi przedstawionej w wyniku śledztwa dało pole do popisu wielu historykom, dziennikarzom, publicystom oraz internautom, którzy zajęli się tworzeniem własnych teorii i hipotez.

Najbardziej popularna z nich sugeruje usłyszenie podejrzanego hałasu wziętego przez wspinaczy za odgłos schodzącej lawiny i podjęcie decyzji o błyskawicznej ewakuacji ze zbocza. Taki dźwięk mógł być spowodowany przez przelatujący nieopodal wojskowy samolot odrzutowy, ponieważ na miejscu żadnych śladów zejścia lawiny nie odnaleziono. Byłoby to jednak sprzeczne z doświadczeniem grupy, szczególnie Diatłowa i Zołotariowa, którzy rozstawili namiot w miejscu teoretycznie pozbawionym zagrożenia lawinowego. Według odmiennych badań Jewgenija Buhanowa, w miejscu przebywania studentów zeszła deska śnieżna (forma niewielkiej lawiny) przysypując namiot i powodując obrażenia głów i klatek piersiowych części uczestników wyprawy.

Podejrzenie spada także na lud Mansów zamieszkujący tamtejsze tereny, którzy mieli zaatakować wchodzących na ich tereny turystów. Ku tej tezie skłaniają podejrzane obrażenia niektórych ciał, np. wyrwane oczy i język Dubininy. Mansowie pomagali jednak w poszukiwaniach, nie przejawiali także wcześniej wrogości wobec innych osób.

Być może śmierć grupy została spowodowana przez wojskowe eksperymenty lub ćwiczenia. Członkowie innej ekspedycji, przebywającej w tym czasie 50 kilometrów na południe od przełęczy, donosili o dziwnych pomarańczowych kulach widzianych na niebie. Ubrania niektórych ofiar były napromieniowane, a według rodzin wspinaczy oddane im ciała miały pomarańczowy odcień skóry. Matka przewodnika wyprawy, Diatłowa, wspominała, że włosy jej syna zupełnie poszarzały. Dodatkowo, w rejonie góry znaleziono części nieznanego urządzenia. To wszystko miało sugerować śmierć w wyniku eksperymentów wojskowych z nieznanymi substancjami promieniotwórczymi. Teorii tej przeczy jednak brak baz lotniczych w tym regionie Uralu, brak historycznych danych o prowadzonych tam kiedykolwiek ćwiczeniach lub testach uzbrojenia, a także niezaobserwowanie jakichkolwiek dziwnych zjawisk przez mieszkańców najbliższych miejscowości. Również radioaktywność na ciałach ofiar mogła być efektem skażenia rzadkim i niewykorzystywanym wojskowo izotopem potas-40 w Uralskim Instytucie Politechnicznym.

Pojawiały się także teorie, które trudno brać na poważnie – atak Yeti, przybyszów z innych planet, nieznanej bestii.

Nierozwiązana zagadka

Pomimo, że od wydarzeń na zboczu góry „Martwej Góry” minęły dziesięciolecia, ostatecznej wersji wydarzeń nigdy nie ustalono, a Tragedia na Przełęczy Diatłowa do dziś pozostaje nierozwiązaną zagadką, źródłem teorii spiskowych i całkiem poważnych prób dochodzenia prawdy, a także motywem filmów, piosenek i gier komputerowych w postaci wydanej przez polskie studio IMGN.pro gry Kholat.

Jurij Judin, ten, który jako jedyny z grupy pozostał przy życiu dzięki rezygnacji z powodu choroby na wczesnym etapie ekspedycji, mówił:

„Gdybym mógł zadać Bogu jedno pytanie, zapytałbym go wówczas, co stało się tamtej nocy z moimi przyjaciółmi”.

Być może nowe śledztwo da nam wreszcie pewną odpowiedź, co spowodowało ucieczkę grupy z namiotu prosto w kilkunastostopniowy mróz, co zabiło przyjaciół Judina. Dziś jednak prawdziwych przyczyn Tragedii możemy się jedynie domyślać.